Nowy cel
Dwa lata przed bitwą o Yavin
System Lybeya
Moc.
Echa miliardów głosów przepływały przez umysł Himo Quesse niczym fala światła. Przynosiły ukojenie i błogość, tak odmienne od trudów życia w ukryciu. Splatały się w doskonały chór życia. Ich harmonia dawała siłę, tworzyła tarczę niepozwalającą przedrzeć się zwątpieniu i rezygnacji.
Wtem w głos chóru wkradła się fałszywa nuta. Na powierzchni fali światła zatańczył cień. Himo wytężył wszystkie siły i sięgnął głębiej, w poszukiwaniu źródła mroku. Niestety, znalazł je bliżej, niżby chciał…
***
Dżungle planety Dxun nie są bezpiecznym miejscem.
Powoli przedzierał się przez gęste zarośla. Przepocona tunika kleiła się do jego pleców, ale rękojeść miecza świetlnego pewnie spoczywała w dłoni. Parne powietrze rozbrzmiewało odgłosami nocnych łowców i ich ofiar. Przestrzeń nad jego głową raz po raz przecinały wielkie, fosforyzujące ważki.
Nagle z najwyższej gałęzi omszałego drzewa zeskoczyła postać w antycznej, mandaloriańskiej zbroi z antycznym, durastalowym mieczem w ręku. Mrok rozświetliła biała klinga miecza świetlnego, która napotkała opór w postaci przestarzałego ostrza. Bronie odskoczyły od siebie z cichym trzaskiem. Świetlista klinga zatoczyła krąg, ale wojownik schylił się, by uniknąć ciosu. Smukłe ostrze nieprzyjaciela przecięło powietrze na wysokości kolan, zmuszając go do wyskoku. W chwilę potem ciężki, wojskowy but wylądował na jego piersi, posyłając go pod pobliskie drzewo.
Przestrzeń wokół zamigotała. Drzewa przeistoczyły się w wysokie, metalowe słupy, ciemna gleba w twardy durabeton, a opancerzony Mandalorianin w młodego Zabraka dzierżącego treningowy miecz świetlny. Chwila zaskoczenia drogo kosztowała. Skóra zapiekła, gdy ostrze przejechało po gardle.
Vua Verrim gniewnie potrząsnął głowoogonami.
- N’wah! O. Przepraszam, mistrzu – dodał, gdy dostrzegł siwowłosego Codru-Ji za konsoletą holoprojektora.
- Przygotujcie się do ewakuacji – rzucił Himo, po czym ruszył korytarzem.
- Nie musiałeś tego robić, Xyrll – Twi’lek zwrócił się do przyjaciela, rozmasowując szyję.
- Pewnie nie – odparł z uśmiechem długowłosy młodzieniec. – Tak czy inaczej - wygrałem.
- Chciałbyś. Przegrałeś walkowerem. Za oszukiwanie.
- Chyba marzysz.
- A poza tym ta twoja holomaska jest idiotyczna.
- Wcale nie!
- Owszem. Kto w ciągu ostatniego tysiąclecia widział mandaloriańską zbroję?
***
Dżungle planety Dxun nie są bezpiecznym miejscem.
Bywają jednak miejsca jeszcze groźniejsze.
Słońce systemu Lybeya zostało przesłonięte przez wychodzący z nadprzestrzeni niszczyciel klasy Imperial. Na kadłubie gigantycznego behemota pobłyskiwały światełka iluminatorów i lamp sygnalizacyjnych. Nagle z dziobowego hangaru okrętu wyłoniły się trzy promy klasy Lambda. Niewielkie jednostki ruszyły w stronę jednej z asteroid okrążających jaskrawożółtą gwiazdę układu.
***
Elektroniczna lornetka.
Komunikator.
Lekki, sportowy blaster.
Talia kart do sabaka.
Vua pakował do pojemnej torby wszystkie te przedmioty. Cały jego dobytek. Westchnął w myślach i spojrzał przez ramię na Zabraka Xyrlla, swojego towarzysza z pokoju. Zapuszczający ostatnio coraz dłuższe włosy młodzieniec także wypełniał swoją torbę różnymi drobiazgami. Vua pozwolił sobie na głośne westchnięcie. Ileż już takich próbnych alarmów przeżył w czasie swego pobytu w Ostoi mistrza Quesse? Mieszkał na tej nigdy nie skatalogowanej asteroidzie od piątego roku życia, to znaczy już od dziesięciu lat. Wiedział, że mistrz Himo ukrywa się tu przed siepaczami Imperatora już niemal dwadzieścia lat, ale nigdy nie przestał w tajemnicy poszukiwać nowych uczniów. Wszyscy żyli w napięciu i obawie przed odkryciem miejsca ich pobytu. Dlatego właśnie często urządzane były próbne alarmy. Młody Twi’lek westchnął jeszcze raz, napiął i rozluźnił mięśnie swoich lekku, a następnie wrócił do pakowania.
Elektroniczny notatnik.
Portfel z zaoszczędzonymi kredytami…
***
Wszyscy zebrali się w największej sali kryjówki, wielkim pomieszczeniu przykrytym transpastalową kopułą. Po prawej stronie Vui stał Quarren Ishill. Po swojej lewej ręce Twi’lek widział Xyrlla oraz chyba najdziwniejszą istotę z całej grupy - niedojrzałego Codru-Ji, przypominającego sześcionożnego wilka Wyrwulfa Ulfgara. Był on jednocześnie uczniem i bratankiem mistrza Quesse.
Czteroręki, starszawy Codru-Ji stanął przed nimi z poważną miną. Vua z niepokojem zauważył, że u pasa mistrza kołyszą się kościane rękojeści mieczy świetlnych, których Himo zwykle nie nosił na terenie kryjówki.
- Nadszedł dzień, do którego się przygotowywaliśmy – zaczął bez wstępów.
Uczniowie poruszyli się nerwowo. W tym miejscu mistrz informował zazwyczaj, że to tylko ćwiczenia i kazał rozejść się do pokojów.
- Zostaliśmy odnalezieni przez sługi Imperatora – kontynuował. - Wiecie, co robić. Udacie się do hangaru i zaczekacie tam na mnie, albo odlecicie, gdy wszystko się uspokoi.
- Ale… - zaczął Xyrll.
- Żadnych „ale”. Idźcie już. Vua, zaczekaj jeszcze chwilę - poczekał, aż zostaną sami. – Vua, jesteś najrozsądniejszy z całej czwórki…
- Zazwyczaj wyrażałeś nieco odmienną opinię, mistrzu.
- Przestań choć na chwilę dowcipkować i zamknij się. Trzymaj – sięgnął do kieszeni szaty i podał Twi’lekowi kartę danych z symbolem klucza na tle wschodzącego słońca. – Udasz się z tym na Korelię, do Banku Centralnego i odbierzesz ze skrytki wasze dziedzictwo.
- Mistrzu, mógłbyś choć w takiej chwili przestać popisywać się elokwencją. Co masz na myśli mówiąc „dziedzictwo”?
- Przymknij się i idź. Wyczuwam, że jest blisko.
- Kto?
- Anakin Skywalker. A raczej to, czym się stał.
- Ale…
- Zmiataj stąd!
Vua obrócił się na pięcie, rzucił ostatnie spojrzenie i pobiegł wdrążonymi w skale korytarzami. Miał udać się wprost do hangaru, ale doszedł do wniosku, że chwila zwłoki nie zaszkodzi, a miał do załatwienia jeszcze jedną, ważną sprawę…
***
Imperialne promy wylądowały w obrębie pola utrzymującego cienką warstwę atmosfery wokół kopuły. Po opuszczonych rampach zbiegli zakuci w białe pancerze szturmowcy. Jako ostatni stopę na powierzchni asteroidy postawił budzący grozę mężczyzna w czarnej zbroi i długim, ciemnym płaszczu.
***
Kolejne grodzie otwierały się z cichym sykiem. Nie zablokował wejścia. Po cóż mieliby przebijać się przez ściany jego domu?
Prosta droga doprowadziła ich do głównej sali. Pluton szturmowców rozstawił się na galeryjce okrążającej pomieszczenie, wycelowując karabiny w odzianą na czarno postać stojącą samotnie na środku komnaty. W końcu grobową ciszę zakłócił odgłos pracy aparatu oddechowego wtłaczającego filtrowane powietrze do wypalonych płuc Lorda Sith.
- Aaach, Lord Vader. Palpatine nie uznał za stosowne pojawić się osobiście?
- Nie uznał Cię za aż tak wielkie zagrożenie, mistrzu Quesse – spod maski dobiegł gardłowy głos.
Codruański mistrz uśmiechnął się półgębkiem.
- Widzę, że przyprowadziłeś też paru harcerzyków w białych mundurkach. Starasz się mnie obrazić? Do dziś pamiętam, jak na Kothlis zaczepił mnie taki oddzialik – oblizał swe wilcze zęby.
Szturmowcy poruszyli się niespokojnie. Mimo prób wyciszenia sprawy Masakra w Tal’carze stała się słynna. W ciągu jednej nocy w niewyjaśnionych okolicznościach zaginęło około setki szturmowców. Ich rozczłonkowane ciała znaleziono następnego dnia w jednym z miejskich kanałów ściekowych. Bothański ruch oporu zaprzeczył, jakoby miał cokolwiek wspólnego ze sprawą. I tak nikt nie podejrzewał Bothan, znanych raczej z działalności wywiadowczej. Poza tym ciała nosiły ślady miecza świetlnego…
- Dosyć tych wspominek! – wysyczał Mroczny Lord. Wykonał gest ręką i pomieszczenie opuścili wszyscy szturmowcy, poza dwoma, noszącymi insygnia poruczników. – Wiem, że w wielu sprawach nie zgadzałeś się z Radą. Dlatego składam Ci propozycję. Dołącz do nas i przekaż swych uczniów pod naszą opiekę. Ty jeden byłbyś godzien służyć Imperatorowi.
- Nie zostanę pieskiem Palpatine’a, jak ty – zrzucił z ramion długi, czarny płaszcz.
- Tak też sądziłem. Mój mistrz kazał mi złożyć Ci tą ofertę – w półmroku zapłonęła czerwona klinga. – Nigdy nie wierzyłem, że będziesz wystarczająco przewidujący, by do nas przystać.
- Jak dziecko, Vader, jak dziecko… - dłonie górnej pary rąk chwyciły za kościane rękojeści mieczy świetlnych. Pomieszczenie wypełnił błękitny blask. – Walczymy, czy kontynuujemy konwersację?
Zaraz potem cały świat stał się jedynie labiryntem kolorowych smug.
***
Vua obejrzał się jeszcze raz i znów skupił uwagę na panelu podłogowym w swoim pokoju. Podważył go wyjętym z kieszeni składanym nożem i wyciągnął ze skrytki niewielkie zawiniątko – skarb tak cenny, że pierwotny instynkt kazał mu go ukryć nawet podczas pobytu w tej bezpiecznej przystani. Ostatni przedmiot łączący go z rodzinną planetą. Mały, niepozorny kryształ. Sherunshur. Skupiający najdrobniejszy promyk światła i jaskrawożółty, niczym płonące, śmiercionośne słońce Ryloth.
Twi’lek potrząsnął głową, wrzucił pakunek do kieszeni, chwycił torbę i pobiegł korytarzem, mijając kolejne drzwi. Po paru chwilach znalazł się w sali projekcyjnej z wielkim, otoczonym rzędami siedzisk holoprojektorem. Wystukał na klawiaturze polecenie wyświetlenia projekcji dokumentalnej na temat bitwy o Cato Neimodię od dwudziestej czwartej minuty i trzydziestej trzeciej sekundy. Urządzenie wyłączyło się z cichym terkotem, a część ściany opadła, ukazując pancerne drzwi z małym wgłębieniem w miejscu zwyczajowego czytnika karty lub cylindra funkcyjnego. Vua położył palec w wyznaczonym punkcie i poczuł, jak mikroskopijna igła pobiera próbkę krwi do analizy. W kilka sekund później ciężka płyta odsunęła się, umożliwiając przejście do jasno oświetlonego hangaru. Na środku płyty stał, podłączony jeszcze kablami i przewodami paliwowymi do aparatury przy przeciwległej ścianie, frachtowiec typu YT-1210. Xyrll wnosił właśnie na pokład pudła z żywnością.
- Jesteś wreszcie. O co… Cholera! – ciężki pojemnik spadł na płytę hangaru, a pojemniki z racjami żywnościowymi potoczyły się we wszystkie strony.
- Ręce do góry, rebelianckie śmiecie!
***
Cios, blok, parada…
Himo bezskutecznie usiłował zagłębić się w Vaapad. Coś mu przeszkadzało. Być może świadomość, że gdyby otworzył wrota ciemności, ta mogłaby przekształcić go w stworzenie przypominające Mrocznego Lorda Sith, tańczącego przed nim z karmazynowym ostrzem w ręku. A być może dziwne wrażenie, że pominął coś istotnego…
- Słabniesz, starcze – dobiegł go chrapliwy głos. – Broczysz krwią z wielu ran.
Do tej chwili Codru-Ji nie dostrzegał drobnych nacięć pokrywających jego ciało. Z satysfakcją spostrzegł jednak głębokie, wypalone bruzdy w pancerzu przeciwnika.
- Dosyć tego cyrku. Ciemna Strona przeżera Cię. Już za chwilę… Co do…?
- Dopiero teraz to poczułeś, prawda? – spod maski dobiegł szyderczy śmiech. Vader skinął ręką. – Posłuchaj teraz…
Niższy szturmowiec wydał krótkie polecenie głosowe. Z zewnętrznego głośnika zbroi zaczęły dobiegać lekko zakłócone meldunki.
- …Oddział inżynieryjny. Wycinanie otworu w kopule zakończone. Opuszczamy w dół Oddział Delta…
- …Oddział Alfa. Punkt wejścia zabezpieczony. Czysto…
- …Oddział Beta. Przeszukujemy wschodnie skrzydło. Na razie cisza…
- …Oddział Gamma. Sprawdzamy zachodnie skrzydło. Ani śladu… Zaraz. Widziałem jakiś ruch. Sprawdzę. Oddział Gamma, bez odbioru…
- Nieee! – spomiędzy zaciśniętych zębów mistrza Quesse wydobył się skowyt. – Zdrajco!
- Cóż, jak mawiał mistrz Windu: „Zdrada jest domeną…” – Lord Sith zamilkł, odrzucony pod ścianę przez błyskawicę skumulowanego gniewu sędziwego Codru-Ji.
Himo Quesse biegł już w stronę drzwi, kiedy poczuł silne uderzenie między łopatkami. Zaraz potem cały świat pogrążył się w ciemności…
***
- Ręce do góry, rebelianckie śmiecie! – czwórka imperialnych szturmowców zaczęła omiatać pomieszczenie lufami karabinów BlasTech E-11. – Wszyscy pod ścianę!
Vua tęsknie spojrzał na torbę skrywającą jego blaster. Cała czwórka zmuszona była ustawić się pod jedną ze ścian.
- Oddział Gamma do Dowództwa. Oddział Gamma do Dowództwa. Cholera, ściany ekranują, muszę…
Nie usłyszeli dalszej części wypowiedzi szturmowca, gdyż odczuli potężne uderzenie, jakby rozdarcie materii Mocy. Zrozumieli, że iskra życia mistrza Quesse zgasła. Obezwładnieni bólem, padli na kolana.
Jeden ze szturmowców, zaskoczony nagłym ruchem, otworzył ogień. Blasterowe błyskawice zamieniły twarz Ishilla w krwawą miazgę. Obecność Quarrena zniknęła w eksplozji bólu.
Młody Twi’lek nigdy jeszcze nie doświadczył tak silnych emocji. Gniew, strach, zwątpienie i nienawiść krążyły w nim, żywiąc się obrazami, wspomnieniami i uczuciami. Rosły i potężniały. Kiedy umysł i ciało nie mogły ich już pomieścić, znalazły nowe ujście. Pomiędzy smukłymi, obdarzonymi szponami palcami Vui pojawiła się pajęczyna wyładowań, która w kilka sekund rozwinęła się w wachlarz błyskawic, ogarniając czterech żołnierzy. W powietrzu rozszedł się zapach ozonu, swąd palonego ciała i odór topionego synplastu. W końcu odzyskał trzeźwość umysłu, a na podłodze leżało pięć ciał. Świat zawirował mu przed oczami…
***
Holoprojekcja szturmowca opadła. Postać w mandaloriańskiej zbroi opuściła dymiącą jeszcze naręczną wyrzutnię rakiet.
- Wybacz, Lordzie Vader. Zaskoczył mnie.
Mroczny Lord podniósł się i potoczył spojrzeniem po pomieszczeniu. Szturmowiec przyłożył dłoń do komunikatora.
- Panie, pilna wiadomość z Centrum Imperialnego. Imperator Cię wzywa.
- Dobrze. Zarządzić odwrót, niech kapitan „Dewastatora” przygotuje się do bombardowania – odwrócił się do łowcy nagród. – Honorarium zostanie przelane na twoje konto, Fett. Możesz wziąć jeden z promów.
Mandalorianin skłonił się tylko i wyszedł. Vader zwrócił się do szturmowca:
- Niech grupa inżynieryjna zabierze i zamrozi ciało. Czy znaleziono uczniów?
- Nie, Lordzie Vader. Ale… Oddział Gamma nie odpowiada.
- Głupcy. Trudno, Imperator nie będzie czekał. Gdy promy wystartują, to miejsce ma zostać spopielone - nie czekając na odpowiedź odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia.
***
Szóstka bombowców typu TIE nadleciała nad cel. Znudzeni piloci z radością powitali odmianę od monotonnych procedur służbowych i niekończących się ćwiczeń na symulatorach. Kiedy tylko wszystkie trzy promy opuściły powierzchnię asteroidy piloci zaczęli zrzucać bomby protonowe. Pole, które nie pozwalało powietrzu na ucieczkę w próżnię, nie miało wystarczającej mocy, by zatrzymać potężne pociski. Kopuła legła w gruzach, a pozbawiony tlenu ogień szybko zgasł.
Potem do życia obudziły się działa niszczyciela. Turbolaserowe promienie sprawiły, że piasek zamienił się w szkło, a kamienie popłynęły jak woda. Gdy wszystkie jednostki dotarły na pokład monumentalnego okrętu, „Dewastator” obrał kurs na Coruscant, jedynie w meldunkach znane, jako Centrum Imperialne.
***
Zmysły wracały powoli.
Najpierw węch i zapach palonego ciała.
Za nim słuch, niosący odgłos odległych grzmotów.
Potem smak, pozwalający poczuć krew na języku.
Dotyk przyniósł chropowaty durabeton płyty lądowiska, a wzrok – światła hangaru i twarze przyjaciół.
Na końcu powróciła Moc. I nic już nie było takie same.
Moc płynęła przez niego strumieniem równie szerokim, co dawniej, ale już nie tak spokojnym. Nurt burzył się, wykwitając plamami światła i ciemności.
Otrząsnął się, wracając do rzeczywistości. Później przyjdzie czas na medytacje.
- Co się stało? – rzucił pytanie.
- Usmażyłeś tych szturmowców, a potem zemdlałeś - odparł Zabrak. – Później zaczęło się…
- Nieważne – przerwał Vua. – Musimy tam iść.
Podbiegł do drzwi i położył palec we wgłębieniu. Nic nie poczuł. Rzucił się do klawiatury wpuszczonego w ścianę terminalu i zaczął wpisywać polecenie awaryjnego otwarcia.
- Nie radziłbym – wtrącił się Xyrll. – Sprawdź obrazy z kamer.
Twi’lek niechętnie spełnił prośbę.
- Hmmm… Żadna nie działa.
- Sprawdź orbitalną.
Obraz z niewielkiego, okrążającego asteroidę satelity ukazał ogrom zniszczeń. Tam, gdzie niegdyś wznosiła się kopuła kryjówki, znajdował się jedynie las nadtopionych wsporników i morze gruzów.
- Następnym razem pozwól mi dokończyć. Później zaczęło się bombardowanie. Za tymi drzwiami jest próżnia.
Vua opadł na ziemię.
- Jakim cudem żyjemy?
- Hangar jest pod powierzchnią, a wylot tunelu z drugiej strony asteroidy. Zdaje się, że go nie znaleźli.
Zapadła długa cisza. W końcu przerwało ją ciche skomlenie Ulfgara, wyrywające wszystkich z otępienia.
- On ma rację – zaczął Twi’lek. – Musimy w końcu coś zrobić.
- Na przykład?
- Potrzebujemy planu. Na początek proponuję uciekać stąd. Imperialom może przyjść do głowy, by wrócić i sprawdzić, czy ktoś nie przeżył. Potem musimy znaleźć jakąś kryjówkę i… Nieważne, resztę przemyślimy później. Idziesz?
- Jasne.
***
Pustka przestrzeni wydarła ze śluzy „Satoy’doolba” owinięte całunami ciało Ishilla. Doczesne szczątki Quarrena rozpoczęły powolną wędrówkę w stronę gwiazdy układu Lybeya. Włączając silniki jonowe pozostawili za sobą wszystko, co kiedykolwiek łączyło ich z miejscem, które od lat nazywali domem.
Po pomieszczeniach statku poniosło się żałosne wycie Wyrwulfa. Ostatni potomek rodu Quesse leżał w swojej kajucie. Rozpamiętywał wydarzenia tego dnia. Wspominał swego wuja. I marzył. Marzył o przemianie. O nowym ciele. O nowym życiu.
Vua Verrim i Xyrll z Iridonii siedzieli w sterowni frachtowca. Rozmyślali nad kolejnym krokiem.
- Gdzie teraz? – zaczął Zabrak. – Nie mamy praktycznie nic poza statkiem.
- Niezupełnie – Twi’lek wyciągnął z kieszeni kartę danych i rzucił towarzyszowi. – Klucz do skrytki depozytowej w Centralnym Banku Korelii. Do dziedzictwa mistrza.
- Czyli?
- Nie mam zielonego pojęcia – uśmiechnął się półgębkiem.
- Cóż, i tak musimy znaleźć spokojne miejsce na przemianę Ulfa. Korelia?
- Korelia.
Nadprzestrzeń zamknęła ich w swych objęciach.
Marcin „Vua Rapuung” Waniek [ Wróć ] |